KS KSZO Ostrowiec Świętokrzyski

Aktualności

Maciej Jeżyna: Ostrowiec Św. zasługuje na I ligę

Maciej Jeżyna: Ostrowiec Św. zasługuje na I ligę
Grudzień 17
12:22 2013

W drugoligowym zespole piłkarzy ręcznych KSZO Odlewnia Ostrowiec Św. nie brakuje zawodników z doświadczeniem gry na wyższych szczeblach rozgrywek. W tym gronie wyróżnia się Maciej Jeżyna, który mimo młodego wieku, ma już na swoim koncie grę w PGNiG Superlidze. W przerwie między rundami rozmawiamy z wychowankiem Azotów Puławy ostrowieckim klubie, o jego pasjach oraz planach świąteczno – noworocznych.

Jak oceniasz pierwszą rundę w wykonaniu KSZO?
– Przytrafiła nam się porażka w Chrzanowie, gdzie pojechaliśmy chyba zbyt pewni siebie i zostaliśmy tam trochę sprowadzeni do „ziemi”. W pozostałych meczach bywało różnie. Raz graliśmy z zespołami, które ogrywaliśmy dosyć gładko, innym razem przyjeżdżała drużyna trochę lepiej poukładana i w tych meczach miewaliśmy i bardzo dobre momenty i przestoje, które powodowały nerwowe końcówki. Używając szkolnej terminologii, to była runda na piątkę z minusem.

Wracając do meczu w Chrzanowie. Czy to rywal okazał się zbyt mocny, czy to spotkanie po prostu wam nie wyszło?
– To nie było dobre spotkanie w naszym wykonaniu. Słabo weszliśmy w ten mecz, co odbiło się na naszej postawie w pierwszej połowie. Po zmianie stron przyszło przebudzenie, ale zabrakło czasu.

W czubie tabeli są trzy zespoły, które zdominowały rozgrywki. Jak na tle drużyn z Chrzanowa i Bochni wypada KSZO? Kto jest faworytem w walce o awans?
– Na pewno personalnie przewyższamy rywali i powinniśmy spokojnie wygrać z każdym zespołem w tej lidze. Zabrakło trochę konsekwencji. Bochnia zaskoczyła nas obroną 4-2, ale na szczęście dowieźliśmy wygraną do końcowej syreny. Mimo, że to właśnie MTS Chrzanów odebrał nam punkty, wydaje mi się, że Bochnia gra bardziej poukładany handball. Chrzanów przewyższył nas może trochę warunkami fizycznymi. Zagrali agresywnie w obronie i przez to może my trochę wycofaliśmy się w ataku. Choć nie można przesądzać sprawy awansu już na półmetku sezonu, to jednak przed rundą rewanżową powinniśmy być optymistami.

KSZO to zespół złożony z zawodników z I-ligowym doświadczeniem. Czy w obecnym składzie poradzilibyście sobie rywalizując na zapleczu PGNiG Superligi?
– Biorąc pod uwagą naszą aktualną dyspozycję, wydaje mi się, że do I-ligowego poziomu jeszcze nam daleko. Przede wszystkim brakuje nam stabilizacji naszej gry. W I lidze nie można sobie pozwolić na takie wahania formy. Mamy w składzie wielu chłopaków z przeszłością I-ligową, ale na razie z trudem przychodzi nam sprzedawanie tego potencjału na boisku. Może jest to spowodowane tym, że mamy zbyt mało treningów. W Radomiu trenowaliśmy pięć razy w tygodniu i dodatkowo w swoim zakresie ćwiczyliśmy na siłowni. Wydaje mi się, że myśląc o awansie powinniśmy zwiększyć ilość treningów. To pozwoliłoby trenerowi wykrzesać z nas więcej na boisku. Nie byłoby może w naszej grze tyle przestoi, bo one biorą się z naszej słabości fizycznej. Wydaje mi się, że przed sezonem graliśmy szybciej. Szybciej, nie oznacza jednak, że lepiej. Teraz gramy bardziej poukładany handball, mniej mylimy się w obronie, a gdy już przejmujemy piłkę, to wystarczy 2-3 podania i trafiamy do bramki, a to wypracowaliśmy wspólnie na treningach.

Przed sezonem zwycięskimi meczami sparingowymi z I-ligowcami potwierdziliście wysokie aspiracje. Mecze pucharowe z KSSPR Końskie okazały się jednak takim przysłowiowym zimnym prysznicem.
– Faktycznie, te mecze pucharowe z Końskimi były dla nas dosyć dotkliwym doświadczeniem. KSSPR przyjechał do Ostrowca Św. z rządzą rewanżu i pokazania nam, że w tych meczach przed sezonem jeszcze nie byli na właściwych torach. My natomiast, mając w głowach jeszcze te udane sparingi, grając u siebie, wyszliśmy zbyt rozluźnieni. Rzeczywistość okazała się inna. Końskie pokazały nam nasze miejsce w szeregu. Może to dobrze, że ten zimny prysznic spadł na nas przed ważnymi meczami z Chrzanowem i Bochnią, bo chyba myślami już byliśmy w I lidze, a tymczasem pucharowy rywal pokazał nam jak dużo nam jeszcze do tej I ligi brakuje. Trzeba jednak dodać, że KSSPR to czołówka I ligi, a na boisku prezentują naprawdę fajną, szybką grę.

Puławy, skąd pochodzisz, to nie tylko piłka ręczna, ale również m.in. piłka nożna, pływanie. Dlaczego trafiłeś właśnie do tej dyscypliny sportu?
– Kiedyś na zawodach piłki nożnej zauważył mnie trener od lekkiej atletyki i namawiał do treningów w jego sekcji. Mnie nie ciągnęło jednak do „królowej” sportu. Do piłki ręcznej trafiłem trochę przez przypadek. Wujek zdradził mi któregoś dnia, że jest miejsce w grupie wyjeżdżającej na obóz sportowy. Mimo, że wcześniej nie miałem nic wspólnego ze szczypiorniakiem, zdecydowałem się pojechać. Na tym obozie był również Krzysiek Tylutki – obecnie zawodnik Azatów Puławy, czy Michał Chodara – obecnie Stal Mielec. Tak się zaczęło. Byłem wtedy po V klasie szkoły podstawowej. Wtedy jeszcze mieszkałem poza Puławami, więc dojeżdżałem na treningi raz lub dwa w tygodniu. Idąc do gimnazjum przeprowadziłem się do Puław, więc i okazji do trenowania było więcej. Przez okres szkoły gimnazjalnej i średniej byliśmy prowadzeni bardzo profesjonalnie. Mieliśmy 7 jednostek treningowych w tygodniu. Były tego pozytywne efekty, bo trzy razy pod rząd zdobywaliśmy brązowe medale mistrzostw Polski. Opłaciło się ciężko trenować, a ekipę w Puławach mieliśmy naprawdę fajną.

Jak wyglądały twoje pierwsze kroki w seniorskiej piłce?
– Łatwego startu nie miałem. W Puławach za trenera Marka Motyczyńskiego jeździłem i „zwiedzałem” ławki świata, jak to się ładnie mówi w sportowym żargonie. Za trenera Bogdana Kowalczyka udawało mi się już trochę pograć. Miałem więc jakieś przetarcie przed pierwszym takim seniorskim sezonem w Radomiu.

Zanim na dobre trafiłeś do KSZO byłeś kuszony przez I-ligowy SPR Tarnów. Dlaczego wybrałeś Ostrowiec Św.?
– Temat Tarnowa faktycznie był i nie będę ukrywał, że nie było nic na rzeczy. Gdyby działacze tarnowskiego klubu załatwiali sprawy tak jak to robiono w Ostrowcu Św., to podejrzewam, że wybrałbym grę w I lidze. Oni jednak mówili „A”, robili „B”, a w rzeczywistości było „C”. Troszkę niepoważni ludzie. Mimo, że trochę się wahałem, to z perspektywy czasu cieszę się, że trafiłem do KSZO. Mamy przed sobą jakiś cel. Oczywiście w Tarnowie również stawiają przed sobą jasny celu, czyli utrzymanie I ligi. Lepiej jednak chyba jest awansować do I ligi, niż z niej spaść.

Czy gra w II lidze to nie jest krok do tyłu w twojej sportowej karierze?
– Jak to w sporcie często bywa, czasami warto zrobić krok do tyłu, by za chwilę zrobić dwa w przód. A tak na poważnie, to mecze z Chrzanowem czy Bochnią poziomem można już podciągnąć pod I ligę. Cel mamy jasno postawiony. Myślę, że przez ten rok w II lidze nikt z nas nie cofnie się aż tak w tym graniu i zachowaniu na boisku, by w następnym sezonie nie poradzić sobie o szczebel wyżej. Wszyscy tak do tego podchodzimy.

Jak KSZO wypada organizacyjnie na tle klubów z wyższych lig, choćby tych, w których miałeś przyjemność grać?
– Hala w Ostrowcu Św., atmosfera wokół piłki ręcznej i marketing w klubie, zasługują co najmniej na I ligę. Wiadomo, że na ten moment nie ma co porównywać KSZO do Azotów Puławy, bo to czołówka PGNiG Superligi. W Radomiu marketingu, czy w ogóle czegoś takiego jak reklama meczu, nie było. Na mecze przychodziło 20-30 osób i można powiedzieć, że głównie były to matki, żony i kochanki zawodników. Dopiero gdy sami zaczęliśmy się tym interesować, zaczęliśmy reklamować mecze wśród swoich znajomych na facebooku, to frekwencja troszkę się poprawiła. W Ciechanowie, gdzie też miałem przyjemność grać w zespole z najwyższej ligi, otoczka wokół zespołu była pozytywna, choć to niewielkie miasto. Jak przyjeżdżały zespoły z Kielc czy Płocka, to meczu nie trzeba było reklamować, bo ludzie sami pchali się drzwiami i oknami. Gdy jednak zespół chylił się ku spadkowi, wszystko ucichło. Porównując KSZO do innych zespołów z I ligi, przeciwko którym grałem, rzadko się zdarza, by były tak dobrze poukładane organizacyjnie i tak dobrze promowane. Trudno może mi być obiektywnym, bo nie jestem w tych klubach, ale wielu znajomych do mnie pisze chwaląc atmosferę wokół piłki ręcznej w Ostrowcu Św.

Jesteśmy więc gotowi na awans?
– Organizacyjnie na pewno tak, a sportowo musimy jeszcze dać z siebie dużo, by udowodnić to na koniec sezonu. Nie chciałbym, by ktoś później mówił, że nam się udało. Musimy wyjść na drugą rundę umotywowani i zakończyć ją bez porażki. Po pierwszej rundzie jesteśmy mądrzejsi o doświadczenia, bo wielu z nas nie znało realiów tej ligi. Często zdarza się, że gra się nie przeciwko siedmiu, a dziewięciu osobom. Sędziowanie niestety na tym poziomie pozostawia jeszcze wiele do życzenia. To już jednak nie zależy od nas i musimy się z tym godzić. Trzeba grać i w każdym meczu udowadniać, że to my jesteśmy lepsi, a nie rywal.

Przed nami dłuższa przerwa w rozgrywkach. Czas na wyciszenie się i odpoczynek w gronie rodzinnym, w atmosferze świąt. Jak wygląda Boże Narodzenie w rodzinie Jeżynów?
– Święta Bożego Narodzenia zawsze spędzam z rodziną. Standardowo Wigilia jest najpierw u jednej babci, później u drugiej. Pierwszego dnia świąt cała rodzina spotyka się natomiast u nas w domu. W drugim dniu staram się nadrobić zaległości w spotkaniach ze znajomymi. Po tak długi czasie nieobecności w rodzinnym mieście miło jest wyjść i spotkać przyjaciół, dla których nie ma się już tyle czasu co kiedyś.

Plany sylwestrowo – noworoczne?
– Z powitaniem nowego roku również wiąże się pewna tradycja, która nawiązała się jeszcze podczas mojego pobytu w Radomiu. W ostatnich dniach roku wyjeżdżamy wspólnie w góry, spędzić sylwestra tak trochę na sportowo. W tym roku będzie to Białka Tatrzańska.

Wypoczynek na sportowo to chyba twoja specjalność. Zimą narty, a latem woda i windsurfing. Skąd się wzięły te zainteresowania?
– Mój ojciec całe życie związany był z wodą i żeglarstwem. Miał w swoich zasobach jakiś stary żagiel od łódki. Miałem wtedy 10 lat, chciałem spróbować. Przeszyliśmy go na mniejszy, do nauki. Przy okazji mojej windsurfingowej edukacji tata stracił sporo nerwów, bo na krytyczne uwagi reagowałem zwykle obrażaniem się. Początki nie były łatwe, ale złapałem przysłowiowego bakcyla. Od tamtej pory nie wyobrażam sobie wakacyjnego wyjazdu nad wodę bez deski. Można powiedzieć, że jest to taka moja druga pasja. Na dobrą sprawę można by przecież mieć jedną deskę i rekreacyjnie sobie pływać. Ja jestem już tak na to napalony, że moja kolekcja desek i żagli liczy co najmniej kilkanaście sztuk. Można przebierać od najmniejszych do największych.

Czy okolice Ostrowca Św. masz już pod tym kątem zlustrowane?
– Wiem, że w okolicy jest zalew w Brodach Iłżeckich. Niestety latem nie zdążyłem go jeszcze wypróbować, ale mam nadzieję, że zostanę w Ostrowcu Św. na dłużej i będę mógł na tym akwenie popływać. Wiem, że „deskarze” z niego korzystają, dlatego jest szansa, że może być fajnie. Kto wie, może spróbuje również zimą. Jest taki projekt Iceboard. To jest deska na płozach, do której doczepia się żagiel i surfuje po lodzie. Może zatem debiut na pobliskim akwenie odbędzie się na lodzie.

Sportowe tradycje w rodzinie?
– Ojciec jak najbardziej, ba ma nawet na swoim koncie mistrzostwo Polski w koszykówce, choć nie zaryzykuję stwierdzenia czy to były mistrzostwa szkolne, czy klubowe. Brat też trochę grał w koszykówkę. Nabawił się jednak poważniejszej kontuzji i sport odszedł na dalszy tor. Teraz zajmuje się muzyką, czym trochę zaraził również mnie. Często w okresie wakacyjnym, gdy mam na to czas ze względu na przerwę od ligi, a bratu dublują się imprezy, zdarza mi się zagrać jakąś imprezę. Traktuję to jednak bardziej jako odskocznię, zabawę w didżeja, niż poważne zajęcie.

Komentarze

Related Articles